Jutro.

To prawda.

Tyle na co dzień pisząc, tyle czytając – zacięłam się.

Dwa tygodnie dałam sobie na ponowne zachłyśnięcie się polską literaturą. Rynek jest pełen wspaniałych autorów. Szukamy zagranicznych trendów, mając niesamowite pod nosem. Podobnie z kinem. To nieprawda, iż rodzima kinematografia kuleje. Kwestia doboru repertuaru, ot co.

Zakiełkował w mojej głowie pomysł napisania własnej. Przecież już raz się z tym zetknęłam. Może nie poznałam wszystkich uroków, ale liznęłam co nieco. Dlaczego by tego nie powtórzyć? tylko tym razem na własną rękę? Pisać wciąż „do szuflady”? A może gdzieś tam jest ktoś, kto miałby ochotę pośmiać się z mojego życia. Z bohaterki, która będzie moimi słowami pokazywać, że ograniczenia są tylko w naszym umyśle. Że wszystko co teraz wydaje Ci się niemożliwe, możliwym być może za rok, dwa. Na przykład? – pytasz. Gdyby ktoś równo rok temu powiedział mi, że będę żoną…? W życiu bym nie uwierzyła.

A tak na poważnie – ostatnie dni spędzam w trasie. Codzienne 50 km daje do myślenia. Ten sam krajobraz od ponad roku ma wciąż tyle tajemnic. Zarówno z punktu widzenia kierowcy, jak i pasażera, dostrzegam to, czego jeszcze nie widziałam.

Wczoraj akurat było to niebo pełne gwiazd. Pełne, to za mało powiedziane. Patrząc do góry można było zatopić się w morzu błyszczących iskierek – miliardy pobłyskiwały. Nie jestem pewna ile to trwało, może trzy minuty, może pięć. Jak małe dziecko z półotwartą buzią, zadartym nosem i szybciej bijącym sercem, nie mogłam przestać. Dałam się zaczarować. Obiecuję sobie, Tobie również, że jeśli tylko zrobi się troszkę cieplej, posiedzę tak się gapiąc, dłużej. Niech mnie pochłonie…

… jeszcze dwa, trzy miesiące i znów przepadnę. Wiejskie życie na nowo zakreśli kartki wspomnień. Traktory o poranku, cisza w południe i gwar popołudnia. Zapach siana, koszonej trawy i drewna. Dokończę szlifować płot, odmaluję, ustawię. Posadzę dwa nowe krzaki herbacianych róż. Zrobię lawendowe wzgórze, przytnę jabłoń, nazbieram truskawek. Wszystko tylko po to, by wieczorem rozpalić kominek i poczuć to cudowne zmęczenie w kościach. Poczucie wykorzystanego w pełni czasu, pory roku i możliwości. I modlę się, bym nie była wtedy sama. Samotności boję się jak pożaru, najbardziej.

Gdzie będę za rok, za dwa? Czy będę tą samą osobą tylko z większym bagażem doświadczeń i błędów? Czy z błędów już popełnionych w końcu wyciągnę wnioski? Obiad temu, kto odpowie.

Cytując słowa piosenki Lemon „Jutro” odpowiem sama sobie:

„Żadnego końca świata dziś nie będzie, bo w Tokio jest już jutro. Wciąż waham się, wciąż chcę cię mieć, chcę, chcę pewność absolutną.(…)Nie będę myśleć dziś i na jutro. Pozostawię. (…) „

Dzisiaj.

Czym właściwie jest parcie na szkło…?

I kto może właściwie je mieć?

Jesteś na to narażony?

Dajmy na to – duża firma. 250 osób. Szum, zgiełk, tu drukarka, tam zszywacz. Telefony dzwonią, na północnym-wschodzie śmiech, na południowym zachodzie z lekka potocznie…

I jak tu być kimś, takim, przez duże „ka” pisanym?

Przecież to nie sztuką być oryginalnym. Ubrać sweterek tyłem na przód, zawiązać bandamkę na głowie, może jakieś fikuśne skarpetki… Będziesz wówczas na pewno tematem niejednej rozmowy przy kawie. Ale jak stać się osobą godną podziwu? Odnieść jakiś swój własny prywatny sukces?

Kolega z ławki obok powiedziałby „zmajstrowałem taki sukces, nawet trzy razy! i teraz pierwsze co słyszę wchodząc do domu jest „tatooooo! wypowiedziane na trzy możliwe głosy”.

Takim moim mały sukcesem miało być nowe, social mediowe życie. Ambitny plan został rozrysowany, kontakty zostały nawiązane, zdjęcia porobione (nawet na zapas). Ruszyłam. Pierwsze zdjęcie, drugie, zabawny opis, refleksja, nawet hasztagi spisane w notesie. Elegancki notes przecież specjalnie na tę okazję kupiłam!

I co? Śmigiełko, jakby to Pan Małżonek powiedział. Mogę jedynie sobie posiedzieć i owe pokręcić.

Cisza. Jedno polubienie. Cieszę się, oczywiście, mogło nie być żadnego. Zatem siedzę i czytam. Jak się do edukuję, to zrozumiem. Popytam, może ktoś ze znajomych jest bardziej rozgarnięty…?

Teraz już wiem. Ba, nauczono mnie nawet jak wrzucać te całe instastories. Oczywiście, wrzuciłam…

Cisza. Dwa polubienia w dwa dni. Bilans 1:1. Nawet ktoś mnie zaczął obserwować. Też ma mało, to ja mu polubię, on mi, i tak się dwa „bidoki” będziemy wspierać…

A tak zupełnie poważnie. Świat portali społecznościowych rządzi się swoimi totalnie odmiennymi zasadami. Nie kupujesz – nie żyjesz. Taka prawda. Każdy zakup powinieneś ciekawie obfotografować, opisać, zachęcić do zakupu. Znajdź również godzinkę, by poserfować po innych profilach, tu polubisz, tam polubisz. Jeśli zaobserwujesz 1000 profili, bądź pewny, setka wróci do Ciebie i również zaobserwuje Twój. I pomimo całej afery z ograniczaniem zasięgów, wiarygodni zainteresowani Twoją twórczością, wrócą. Możesz być tego pewien.

Co takiego dał mi Instagram? Większe poczucie własnej wartości (było poniżej zera). Faktycznie, zwróciłam uwagę jak się ubieram, w co się ubieram i jak wygląda mój poranny makijaż. I nawet jeśli nie szata zdobi człowieka, to chociaż narobisz sobie więcej wrogów. Zawistni zaczną Cię obserwować, nic nie komentując czy lubiąc, by być na bieżąco podczas kuchenny ploteczek.

Czy to pozwoliło mi w jakiekolwiek sposób przybliżyć się do bycia kimś-przez-duże-ka? Niekoniecznie. Kilka zasłyszanych komplementów, wiadomość od kogoś, z kim dawno nie rozmawiałam, czytelnicy na blogu – warto było! – ale to nienajlepszy sposób, by stać się gwiazdą granatowej wykładziny firmowej.

Przyniosło to wiele przyjemności. Także możliwość wzięcia udziału podczas Blog Conference 2018 w Poznaniu. Wiele kodów rabatowych na zakupy w sklepach internetowych. Ale czy umiem już odpowiedzieć na to powtarzające się na rodzinnych spotkaniach pytanie: to kto z tobą siedzi w pokoju? Ciociu, no może nie znam każdego z imienia, no może nie wiem czym się interesuje czy w trakcie jakiej książki aktualnie jest, ja po prostu nie mam pamięci do stu imion z naszego openspace… 

Wczoraj.

A gdyby tak…

Albo może nie.

Ale może warto?

Nie, bez sensu.

Ale gdyby jednak… rzucić wszystko? Zrobić zupełny obrót w życiu? Wcisnąć „stop”, spojrzeć wstecz, na to co teraz, spakować tobołek i znaleźć jakąś daczę na wsi? Z dala od miasta, zgiełku, korków. W nie za dużej społeczności, z tradycjami, z klimatem i zupełnie odmiennym tempem życia?

Tak silnie od wczoraj o tym myślę, że zdarzyło mi się już dwa razy oblać niesionym napojem, pozbyć dwóch kubków, potknąć o rozwiązaną sznurówkę oraz nabić sobie solidnego guza na skroni. Myślę, myślę tak intensywnie, że możesz mówić do mnie podniesionym głosem, a ja się i tak tylko uśmiechnę.

Gdybym pozbyła się połowy najbardziej wartościowych przedmiotów, ograniczyła garderobę do totalnego must have oraz spakowała – słowo daję – tylko te ulubione książki? Psy zajmą jedną torbę, Małżonek mniejszą walizkę, ja pół bagażnika (najpotrzebniejsze przecież!) i w drogę. Może na razie zamiast inwestować, po prostu wynająć, malutki domek, z unoszącym się zapachem drewna w powietrzu, z lekko już wysłużoną kozą, starą kuchnią i jeszcze starszą boazerią na ścianie. Porzucić wszelkie etaty, zobowiązania, bywanie „po słowie”., zaszyć się za miastem i po prostu pisać? Przecież znam już nieco to uczucie. Wiem, na czym polega całe to wydawnicze szaleństwo. Byłam już współtwórcą, to teraz mogłabym być jedynym autorem. Mogłabym czasami wykręcić się uciekającym zasięgiem, pisać i  gotować przetwory, które w prezencie otrzymywaliby ci, którzy by nas odwiedzili…

Tak. To wszystko przez ten nałóg. Mój nowy nałóg. Czwarty z kolei audiobook na Storytel. Słucham. Pracuję i słucham. Jem i słucham. Budzę się w nocy i słucham. Bo przecież muszę wiedzieć, co będzie dalej. A nie mam kiedy usiąść, wziąć książkę i zapomnieć o upływającym czasie.

Nie czytałam prawie rok. Byłam obrażona na książki. Zła, że wszystkie które tak bardzo chciałabym mieć, są takie drogie. Swoją aparycją zajmują niemało miejsca, a te ustawione pod ścianą, zaczęły już dotykać sufitu, wizualnie tworzyły duży bałagan. Ale dom bez książek to smutny dom. I nie mój.

Na czym takie uzależnienie polega? Jak się objawia? Leży przed Tobą rachunek za prąd. A na poczcie stoi nowiuteńka, jeszcze pachnąca drukarnią powieść, na którą czaiłaś się już jakiś czas. Ktoś ją dotyka, a Ty masz ochotę rzucić mu się do gardła. Dopiero, gdy odkłada ją z powrotem na miejsce, tętno się uspakaja, a ty niczym drapieżnik, dopadasz swoją ofiarę. Pomniejszając płatność za rachunek,  kupujesz. Masz. Całą drogę do domu wiesz, że tam jest. Schowana w torebce czeka, aż ją otworzysz. Jedną stronę, drugą stronę… Jeszcze tylko trzecią przeczytam i biorę się za codzienne obowiązki.

Audiobooki ratują. Są udogodnieniem zasługującym na najlepszą nagrodę. Możesz w drodze do pracy i w niej, słuchać, być dalej w całej historii obecnego bohatera. Wystarczy włożyć słuchawki, wcisnąć „play” i robić swoje. Bo ktoś do ciebie mówi, opowiada ci czyjeś perypetie. I już nie czujesz się samotnie, w tym całym pozornym tłumie…

 

 

Będę.

Niezależnie od tego, co sądzą inni.

Niezależnie od tego, ilekroć usłyszę za plecami szepty czy podśmiewujki, będę.

Kiedyś, ktoś mądry, powiedział mi: „nawet w ogromnym tłumie, możesz poczuć się samotnie”. I teraz widzę w tym sens.

Korporacja. Piętro, na którym pracuje prawie 250 osób w tym samym czasie. To niewiele, zwłaszcza, jeśli jesteś tu nie od wczoraj. Każdy inny, każdy oryginalny, każdy ciekawy. Ale czy na pewno? Czy każdy jest uodporniony na „hejt”? Im dłużej tu jesteś, tym twardszy masz pancerz. Dlaczego? Pozwól, że Ci wytłumaczę.

Niespełna godzinę temu przytaczałam koledze jego zdanie, które wypowiedział do mnie ponad rok temu: „zobaczysz, za rok nie będziesz nawet na te wszystkie „cześć” odpowiadać; reagować na nowe osoby; przejmować się tak jak teraz”. I miał rację.  W tym pozornym tłumie stajesz się na swój sposób anonimowy, a jeśli zapytasz kogoś, jak byłeś ubrany w poniedziałek, a jak w środę, to nie odpowie. Tyle twarzy, tyle obowiązków i wydarzeń, że nie sposób zapamiętać. Przecież kiedy spotykasz się z kimś na kawie, to pytasz „jak leci? jak dzieci?”. A tych ludzi widuję przecież na co dzień. Rozmawiam z nimi, pytam. Ale czy potem pamiętam to tak dokładnie? Ile z tych pytań wypowiadam z czystej kurtuazji?

Mechanizm działania psychiki osób pracujących w korporacjach jest wciąż badany. Choćby na podstawie relacji ludzi z Mordoru. Dzień w dzień mają swój dzień świstaka. Od poniedziałku do piątku. Nawet jeśli wykonują różne zadania, nawet jeśli mają coraz wyżej ustawianą poprzeczkę, ich dzień wygląda tak samo. I tak samo ogranicza się do tych kilku metrów kwadratowych zajmowanych na openspace. Jesteś członkiem Teamu, podlegasz pod Menagera, bądź Project Menagera, a Twój Director mówi Ci „cześć” mijany na korytarzu. Zmienia się tylko język, jakim się posługujesz na co dzień. Zebrania to meetingi, ewidencja czasu pracy to kejpijaj, a deadline ma silniejsze działanie, niż termin płatności rachunku za gaz, który przecież zapisujesz w swom skedżulu.  I co z tego?

Wychodzisz na dwór. Stajesz w promieniach słońca, za plecami szklany biurowiec, przed Tobą przestrzeń miejska. Z radości, że zaczyna się czas po pracy, nie wiesz czy turlać się po piasku na ulicy, czy może jechać do parku, pić kawę z papierowego kubka i patrzeć czy trawa równo rośnie.

Uczysz się zamykać w swoich sprawach w niewidzialnych czterech ścianach. Twoimi oknami są monitory, Twoją perspektywą równie zapracowani znajomi. Ludzie krążą korytarzami, rozmawiają, tam dzwoni telefon, tu ktoś nerwowo stuka w klawiaturę, a Ty nic nie słyszysz. Wyłączasz się na swoje sprawy. Zdobywasz tę zdolność dość szybko. Jeszcze nie raz w życiu to Ci się przyda, uwierz mi.

Więc gdy kolejny raz uświadamiasz sobie, że koleżanka z sąsiedniego działu ma spory ubaw z Twoich prywatnych poczynań, choćby nawet na portalu społecznościowym, to już Cię to nie rusza. Może się nudzi, może jej życie jest mniej ciekawe niż Twoje, a może to po prostu ktoś, na kogo nie warto marnować ani minuty swojego życia.

Kurtuazja wskazana. To zdecydowanie słowo na dziś 😉

Jestem.

Ledwo siedzę.

Słowo daję.

Radośc rozpiera. Nareszcie! W końcu. Tyle miesięcy przygotowań, tyle pracy, maili, rozmów. I jest. Mój sieciowy zakątek. Moje miejsce. Moje.

I co teraz…? Tyle szczęścia i cisza? Zdania przecież same powinny tworzyć się w głowie. Treści powinny być zapisywane na kawałkach karteluszków, serwetek czy na dłoni. Byle tylko mi nie umknęło!

A tu? Pustka.

W uszach Audiobook. Jedyne, co pozwala się naprawdę skupić. A może na odwrót? Może to silna potrzeba, by ktoś do mnie mówił? By ktoś mi coś opowiedział? Modulując głos czy choćby nawet podszeptując.

Jeszcze dwa tygodnie temu te słowa ze słuchawek ratowały mnie od totalnego przerażenia. Ja, pańcia, z domu do auta, z auta do pracy, z pracy do auta… a tu nagle trach! Odpalam autko, ruszam i… i nie mogę zahamować. Piekielne servo! Pan Peżo nie mógłby mi tego zrobić. Nie dziś, nie teraz.

A jednak. Odstawiony z buziaczkiem w maskę do serwisu, zniósł dzielnie mojego focha. A ja przesiadam się do komunikacji. Tyle lat! Czy się odnajdę? Czy będę wiedziała jak się zachować? Przecież tego się nie zapomina, to jest we krwi, jak jazda na rowerze. A jak znów się ośmieszę? Podjedzie tramwaj, nikt nie będzie wsiadać czy wysiadać, a ja nieświadoma magicznego przycisku do otwierania drzwi, ze smutkiem w oczach pożegnam odjeżdżający wagon… Ale nie. Nie tym razem. Muszę dać radę. W końcu poczytam!

Wsiadam. Stres. Urywany oddech, bicie serca silniejsze, niż normalnie. Lewo, prawo, lewo – sami obcy. Każdy z nosem czy w telefonie, czy w gazecie. A ja się tak bałam, tyle zasad wpojonych! Nie wyciągaj telefonu, nie wyciągaj portfela, torebkę trzymaj przy sobie… Przecież te dzieciaki mają może z 13 lat! Ajfony, gadżety, słuchawki, jakby byli co najmniej krajowej klasy DJ-ami.

Siadam. Byle nie polecieć przy szarpnięciu. Byle te moje sto-parę-kilo utrzymać na miejscu.

Jedziemy. Ciekawa ruchomych obrazów za oknem – jadę. Komunikaty ukrytej siostry, która jakby lekko rozumiejąc moje zmieszanie, mówi o kolejnych przystankach. Ile się zmieniło? Ten sklep? Tutaj? O, drzewa wycięli. Nowe ławki, rozbudowana kawiarnia. To tu będzie ta nowa droga. A tu przyjdę kupić winorośl. Kaczki? O tej porze?

Wysiadam. Muszę się przesiąść. Wyskakuję pospiesznie, co by mnie nie przycięło, i staję jak wryta. Od kiedy tutaj jest tak pięknie? Tafla jeziorka zamarznięta, mewy krążą i pokrzykują do siebie, na drzewach piękny mróz zostawił ślad, powietrze jest rześkie, miłe.

Oddycham. Jak ja dawno tu nie byłam. Przecież nie ma gdzie zaparkować, przecież to daleko, nie po drodze, i nie ma kiedy się rozejrzeć. W słuchawkach kojący głos Marty Klubowicz opowiada mi kompletnie obcą historię Mańki. Pani Kalicińska by mnie zrozumiała. Mnie i moje oszołomienie. Tylko, że może co drugie zdanie jakkolwiek dociera. Jak tu pięknie…

Nie przyjeżdża. No, nie przyjeżdża. Jeden, potem drugi. Jestem spóźniona. Powinnam się denerwować, powinnam! Ale nie. Ten uśmiech nie schodzi z twarzy. Jak głupia, cieszę się do mrozu! Do słońca, które jakby wyczuwając mój nastrój, zaczyna świecić. Jak tu pięknie…

Każdy następny dzień wyglądał podobnie. Tyle, że moja koncentracja nad słowami audiobooka rosła. Czasami wieczorem nie mogłam się już doczekać, by rano znów posłuchać dalszych perypetii Marianny. Byłam jakby bardziej wypoczęta, spokojna. Dotleniona bardziej, nakarmiona D3.

W poniedziałek zadzwonił telefon. Serwis. Dzień dobry Panie Jakubie, czyżby…? I faktycznie. Auto gotowe. Cztery dni przed terminem. Naprawa warta miliony monet. W pierwszej chwili towarzyszyła mi ogromna euforia. W końcu, nareszcie! Po dwóch tygodniach, przemierzeniu tysiąca kroków. A potem? Czyżby to był smutek? Zawód? Już nie popatrzę na taflę lodu, już nie pogadam z mewami, nie oleję nadjeżdżającego autobusu. Nawet jadąc autem i wystawiając język na wiatr nie osiągnę tego poziomu szczęścia…

Odebrałam. Ruszam. Obco, dziwnie jakoś, hamuje, działa, znów hamuję, znów działa. Otwieram szeroko okno. Powietrze, hałas i promienie słońca wpadają. Siedzi mi jakiś bałwan na ogonie, więc mu depnę. Troszeczkę. Zajadę na tamten przystanek. Posiedzę oparta na masce, popatrzę, zatrzymam się na chwilę.

I Wy też się zatrzymajcie. Na chwilę.